2580270666_Statuette_of_Stalin__sculpture_by_Rodin__white_marble__photo

Stalinizm – podobnie jak system polityczny hitlerowskich Niemiec – okazał się źródłem największych tragedii Europy ostatniego stulecia. Stał się synonimem utraty swobód, synonimem łagrów, prześladowań i ogromu cierpień milionów obywateli Europy Środkowej i Wschodniej. Totalitaryzm w wersji sowieckiej ma twarz Stalina.

O ile z niemieckim hitleryzmem Europa rozprawiła się, mniej lub bardziej skutecznie, o tyle stalinizm w wersjach light – nie zawsze kojarząc się ze zbrodniami i ludobójstwem – przetrwał aż do naszych czasów.

Stalinizm jest jedną z najbardziej krwawych i nieludzkich form komunistycznej dyktatury. Wersje łagodne komunizmu i bolszewizmu miały na Zachodzie swoich oddanych wyznawców, zwłaszcza we Francji i we Włoszech. O ile Stalinizm w Europie środkowej i wschodniej kojarzy się jednoznacznie ze Snyder’owskimi „skrawionymi ziemiami”1 o tyle jego miękkie formy przez dekady były pielęgnowane wśród intelektualnych elit Zachodu. Paradoksalnie, dzisiaj w 2022 roku na nowo doświadczamy brutalnej formy stalinizmu, którą nasi teoretycy za parę lat będą określać jako putinizm. Ale nie tylko dlatego rosyjska agresja na Ukrainę powinna być traktowana jako konsekwencja braku rozliczenia z komunizmem po 1989 roku. Postulat dotyczący destalinizacji polegałby na intelektualnym rozmontowaniu wszystkich elementów i obszarów gdzie rozwinął się wirus bolszewickiego totalitaryzmu.

Stalinizm – u źródeł historii

Początek systemu stalinowskiego datuje się na 1929 rok. Wówczas to ambitny działacz bolszewicki z prowincjonalnego Gori w Gruzji Józef Wissarionowicz Dżugaszwili (Stalin, Soso, Koba – to były jego pseudonimy konspiracyjne) objął przywództwo w sowieckiej partii komunistycznej. Rozprawiając się z oponentami z frakcji obozu leninowskiego (głównie z Lwem Trockim) stał się szybko dyktatorem anihilującym w sposób brutalny nie tylko politycznych przeciwników, ale także każdy przejaw niezależności intelektualnej i wolności gospodarczej. Stalin wykreował model autorytarny, stając się wzorem dla liderów maoistowskich mutacji komunizmu w Azji i Europie. Po jego śmierci w 1953 roku przez kilka lat trwały próby destalinizacji, ostatecznie zarzucone po 1964 roku tj. po odejściu Nikity Chruszczowa z funkcji szefa partii i państwa sowieckiego. W okresie rządów Breżniewa i Andropowa mieliśmy naprzemiennie okresy odwilży i ponownego „zaciskania pasa”, aż do wymuszonych kryzysem systemowym zmian zwanych pierestroyką, między 1986 a 1991 rokiem. Kiedy wydawało się, że po rozpadzie ZSRS komunizm na dobre upadł a triumfy święcić będzie już zawsze demokracja i swobody obywatelskie do głosu zaczęli dochodzić liderzy polityczni, dla których model stalinowski ponownie stał się godnym naśladowania wzorcem. W ostatnich trzech dekadach, w wielu społeczeństwach państw postsowieckich, elity uzyskały demokratyczną legitymację dla stalinowskich metod. Np. na Białorusi już w 1994 roku Aleksander Łukaszenko demokratycznie wygrywa wybory. W ciągu dwóch lat zmienia państwo najpierw w miękką później twardą dyktaturę typu stalinowskiego. Podobnie w Kazachstanie, Uzbekistanie, Turkmenistanie, Tadżykistanie, Azerbejdżanie a chwilami także w Mołdawii, Kirgizji i na Ukrainie (krótki okres rządów Janukowicza). Jednakże prawdziwe triumfy model stalinowski zaczął święcić w Rosji wraz z umocnieniem Putina i jego ekipy „uczniów Andropowa”.

Analogie z nacjonalizmem narzucają się same gdy analizujemy praktykę rządzenia w krajach sowieckich/postsowieckich. Główna cecha integralnego stalinizmu polegać będzie na odrzuceniu zasady podmiotowości obywatelskiej. Proces budowy tego systemu rozpoczął Putin 9 maja 2005 w Moskwie Prezydent Rosji, były oficer KGB, wypowiedział wojnę tzw. kolorowym rewolucjom. Po wspólnych obchodach Dnia Zwycięstwa zorganizowano odrębne, zamknięte spotkanie liderów WNP, z udziałem m.in. Nazarbajewa, Łukaszenki, Karimowa, Rachmonowa i kilku innych kluczowych osób. Uzgodniono wówczas strategię współpracy w zakresie zwalczania „kolorowych rewolucji”. Przywódcy post-sowieckich państw, autokraci obawiali się perspektywy utraty władzy w wyniku społecznego buntu, obywatelskiej rewolty. Niepokojący nachodził z Gruzji i Ukrainy. Liderzy polityczni WNP byli ukształtowani w ZSRS na teoretycznych modelach, w których nie przewidywano czegoś takiego jak swoboda postaw i wyborów. Prezydent Rosji i przywódcy krajów posowieckich stali na stanowisku, że za każdym ruchem obywatelskim musi stać intryga, spisek lub zagraniczna ingerencja. Nie można zakładać istnienia woli obywateli, spontanicznej reakcji, obywatelskiego odruchu, podmiotowości itd. Za każdym działaniem w obszarze społecznym musi stać siła sprawcza, najczęściej kojarzona z aparatem władzy – własnej lub cudzej. Po 2005 roku pojawił się nawet sposób definiowania kolorowych rewolucji streszczający się w żartobliwym sformułowaniu: „Dlaczego w USA nie ma kolorowych rewolucji? Dlatego, że w nie ma tam amerykańskiej ambasady”.

Sięgnijmy po przykład Białorusi. Po gruzińskiej „rewolucji róż” i ukraińskim „pomarańczowym majdanie” Łukaszenko zaczął energicznie „porządkować” własne podwórko usuwając z niego wszystkie potencjalne zagrożenia. Na pierwszy ogień poszły m.in. obywatelskie instytucje, w tym także związane z polską mniejszością na Białorusi. Po powrocie z Moskwy, w maju 2005 roku Prezydent Białorusi wydał polecenie podległym sobie służbom zlikwidowania/podporządkowania niezależnej od białoruskich organów władzy organizacji – Związku Polaków na Białorusi. Przypomnijmy sekwencję zdarzeń – marzec 2005 wybory kierownictwa Związku (prezesem zostaje Andżelika Borys), 12 maja 2005 roku Ministerstwo Sprawiedliwości unieważnia decyzję podjętą przez delegatów Zjazdu i przywróci na stanowisko Prezesa Tadeusza Kruczkowskiego, posłusznego działacza sprzyjającego organom i administracji reżymu Łukaszenki.

Warto też odnotować jeszcze inne zjawisko: po „pomarańczowej rewolucji”, kiedy w Polsce odnotowano niespotykane do tej pory zewnętrzne znaki poparcia dla demokratycznej i pro-europejskiej Ukrainy, jak grzyby po deszczu powstają organizacje kresowe, których głównym zadaniem jest pielęgnowanie różnych waśni i animozji między Polską a Ukrainą. Odżywają nagle resentymenty wołyńskie i antybanderowskie.

Kiedy w marcu 2006 roku Łukaszenko fałszuje wyniki wyborów prezydenckich protestujący na placu w Mińsku spotkają się z bezwzględną i brutalną pacyfikacją. Będzie to pierwsza z szeregu pacyfikacji po sfałszowanych wyborach; kolejne miały miejsce w 2010 i 2020 roku.

Zwolennikami integralnego stalinizmu (w wersji light) jest też konsekwentnie polska skrajna prawica. Jej radykalne skrzydło pod przywództwem Bartosza Bekiera (falangiści z witryny xportal) rozlepiało w 2011 roku na warszawskich kampusach akademickich plakaty popierające syryjskiego prezydenta Assada, który z wydatną pomocą Putina rozstrzelał arabską „kolorową rewolucję” w swoim kraju.

Bartosz Bekier, Leszek Sykulski, Mateusz Piskorski – to najbardziej znani w Polsce zwolennicy euroazjatyzmu, propagowanego na uniwersytetach, najczęściej w formie łagodnej tj. tzw. „geopolityki”. W ich koncepcjach – odbijających tęsknoty za uporządkowanym światem przypominającym faszystowskie ustroje i teorie – ukryty jest również integralny stalinizm. Nie ma tam miejsca dla człowieka. Rozpychają się w nim idee i koncepcje, których naczelnym pragnieniem jest posiadanie władzy nad innymi.

Obszary postulowanej destalinizacji

Geopolityka

Pierwszym i najważniejszym obiektem wymagającym destalinizacji jest rozpleniony od niedawna w naukach społecznych duch euroazjatyzmu. Stalinowskie rozumienie świata wywodzące się z marksizmu zakłada materialistyczne podejście do historii, materialistyczną interpretację zjawisk społecznych i przekonanie, że człowiek jako część przyrody nie jest podmiotem, ale przedmiotem procesów politycznych. Do kluczowych pojęć i narzędzi stalinowskiego materializmu zalicza się determinizm oparty o to, co stanowi podstawę fizycznego bytu człowieka – przedmioty, konsumowane dobra, produkcja oraz czynniki przyrodnicze kształtujące nasze otoczenie. Podejście „geopolityczne” propagowane w naukach społecznych i humanistycznych redukuje ludzki świat do czynników/aspektów materialnych. Dlatego tzw. „geopolitykę” konstytuują takie obszary wiedzy jak geografia, demografia, ekonomia i statystyka, stosunki produkcji i wytwory przemysłu.

Klasycy geopolityki, którzy od blisko trzydziestu lat postulują wprowadzenie tej metody opisu świata i uprawiania nauk o polityce na akademickie salony jako odrębną dyscyplinę naukową, popełniają błąd dehumanizacji polegający na zastąpieniu człowieka (jednostki) przedmiotami i zjawiskami przyrody2.

Ukrytym sojusznikiem geopolityki staje się założenie, że podmiotowość jest umowna a osoba ludzka (z systemem wartości) jest zaledwie konwencją intelektualną. W takiej perspektywie podmiotowość zastępowana jest kolektywnością/kolektywizmem i dominacją interesu zbiorowego nad jednostkowym. Z perspektywy kultury/cywilizacji judeochrześcijańskiej taki obraz człowieka i społeczeństwa musi prowadzić wprost do pogardy dla jednostki ludzkiej i dla aksjologii stawiającej człowieka w centrum. Dobitnie ilustruje to bolszewicki slogan z wiersza Majakowskiego – jednostka zerem, jednostka bzdurą.

Tak rozumiana geopolityka jest ściśle związana z budowaną na nowo stalinowską koncepcją euroazjatyzmu. Koncepcje euroazjatyzmu, które rosyjscy teoretycy społeczni od początku XX wieku układali dla uzasadnienia rosyjskiej mocarstwowości znalazły swój praktyczny wymiar w stalinizmie integralnym. Z polskiej i europejskiej perspektywy pułapki i niebezpieczeństwa euroazjatyzmu i doganiających go koncepcji geopolityki polegają na konieczności uznania rosyjskich aspiracji mocarstwowych opartych o dominację (geograficzną, demograficzną, gospodarczą itd.). Dlatego konieczny jest postulat destalinizacji – czyli uznanie aksjologii europejskiej/judeochrześcijańskiej, z jej tradycją poszanowania systemu tradycyjnych wartości, za pierwotne wobec wszelkich stylizacji ideologicznych wykluczających antropocentryzm.

Należy też uznać, że ukryta w postulatach tzw. geopolityków dehumanizacja prowadzi wprost do systemów totalitarnych, jak ten stalinowski model, który przerabia obecnie „na swojej skórze” społeczeństwo rosyjskie, mniej lub bardziej akceptujące Putina i jego agresywną, materialistyczną wersję stalinizmu integralnego.

Przestrzeń miejska

Inny postulat dot. destalinizacji odnosi się do przestrzeni architektonicznej – nie tylko pomników, znaków i symboli komunistycznych. Cechą podstawową architektury stalinowskiej jest dehumanizacja przestrzeni miejskiej. Wie to każdy, kto odwiedzał sowieckie miasta. Przestrzeń miejska w ZSRS charakteryzowała się brakiem lub ograniczoną liczbą miejsc sprzyjających „burżuazyjnym” nawykom społecznym (kawiarnie, małe sklepiki, miejsca odpoczynku i rekreacji, miejsca spajające małe wspólnoty, namiastki samorządu, obywatelskich inicjatyw, itp.). W latach 90-tych zaczęto powoli zmieniać ten krajobraz , m.in. poprzez rozwój małego biznesu. Jednakże już dwie dekady później w Rosji i innych państwach postsowieckich duża część zmian znalazła się w odwrocie, napotykała na biurokratyczne bariery.

W Polsce przykładem obecności stalinizmu w przestrzeni miejskiej jest architektura części Warszawy, zwłaszcza wokół tzw. Pałacu Kultury i Nauki. Otoczenie tego obiektu wciąż razi pustką i daje wrażenie nieludzkiej przestrzenią, jej zagospodarowywanie napotyka na problemy. Pisze o tym od lat i postuluje zmiany znany polski dysydent i architekt Czesław Bielecki.3

W wielu miastach sowieckich stawiano gigantyczne pomniki, których podstawowym zadaniem było desakralizowanie przestrzeni miejskiej. Chodziło o zniszczenie lub ukrycie symboli chrześcijańskich (krzyże, wieże kościołów, kapliczki itp.). Na przykład w Tbilisi do dzisiaj nad miastem góruje pomnik zwany „Matka Gruzja”, gigantyczna metalowo-betonowa statua kobiety trzymającej w jednym ręku miecz, w drugim kielich. Ogłupiałym turystom niedokształceni przewodnicy wmawiają, że to jakaś starożytna tradycja – kielich dla przyjaciół, miecz dla wrogów. Podczas gdy podstawowym zadaniem pomnika zbudowanego w czasach ZSRS było ideologiczne wyparcie chrześcijaństwa i kultury europejskiej z przestrzeni urbanistycznej.

Bardzo częstym argumentem – przeciw likwidacji znaków graficznych komunizmu na obiektach publicznych – jest postulat szacunku dla historii i dziedzictwa. Jest to argumentacja prowadząca donikąd. Bo równie dobrze należałoby zachować znaki i symbole hitleryzmu. Wśród urbanistów i plastyków miejskich w wielu państwach postkomunistycznych istnieje już utrwalona praktyka oddzielania warstwy ideologicznej od sztuki. W tym kontekście spór o to, czy należy zburzyć pałac kultury i nauki w Warszawie wydaje się sztuczny. Wystarczy oddzielić od siebie (renowacja, przebudowa) to co zaśmieca ideologicznie przestrzeń publiczną, od tego co trzeba zachować jako świadectwo epoki (styl, wzornictwo, ilustracja wrażliwości estetycznej naszych przodków itp.).

Symbole, znaki, dziedzictwo

Destalinizacja odnosi się także do kwestii symboli i języka (komunikacji). Z całą pewnością sposób prowadzenia dyskursu w domenach publicznych i w instytucjach administracji wymaga solidnego namysłu. Nawołują do tego językoznawcy a także działacze społeczni walczący o przystępność instytucji publicznych, humanizację przepisów i norm prawnych, a nawet styl pism urzędowych.

Już w latach 90-tych jeden z najważniejszych polskich dzienników zorganizował akcję „Rodzić po ludzku”. Mało kto kojarzył sprawę z dziedzictwem stalinizmu, ale sposób traktowania w PRL osoby ludzkiej, rodzącej kobiety, w systemie służby zdrowia był i pozostaje w obszarze postulatów humanizacyjnych obejmujących domenę publiczną.

Symbolicznym, ale przecież nie mało ważnym aspektem destalinizacji jest proces przechodzenia wielu krajów obszaru post-sowieckiego (na poziomie państwowym) na uznanie 8 maja za Dzień Zwycięstwa, a nie jak w ZSRS dzień 9 maja.

Poważnym problemem jest kwestia szacunku dla dysydentów, dla osób walczących z komunizmem (byli więźniowie sumienia, więźniowie polityczni, osoby represjonowane). Aleksander Podrabinek wskazuje w swoich pracach i licznych artykułach problem jakim jest brak infrastruktury prawnej i administracyjnej, aby powstałe po rozpadzie ZSRS państwa podjęły wysiłek związany z uszanowaniem, uhonorowaniem i objęciem opieką dawnych dysydentów, z których większość żyje w biedzie i zapomnieniu4. Możemy z pewną dozą dumy stwierdzić, że w Polsce ten proces jest wzorcowy i stanowi przykład dla większości krajów post-komunistycznych.

putinowskiej Rosji dawnych bohaterów, dysydentów, którzy mieli odwagę przeciwstawiać się machinie komunistycznej otacza śmiech i szyderstwo. Ci, którzy spędzili lata w więzieniach i łagrach w imię europejskich wartości dzisiaj żyją w biedzie, co wskazuje na triumf stalinizmu.

Rosyjska ortodoksja

Celowo nie używam słów kościół czy chrześcijaństwo, gdyż po śmierci Patriarchy Tichona, w 1925 roku, Rosyjska Cerkiew Prawosławna skurczyła się do wspólnot podziemnych lub wyemigrowała za granicę. Rolę Cerkwi zajęła administracja kościelna kierowana przez bolszewików. Większość aktywów rosyjskiego prawosławia przejęli schizmatycy spod znaku „Żywej Cerkwi”. Pisałem o tym szczegółowo w swojej książce „Mistyka i Rewolucja”5, dlatego zainteresowanych odsyłam do zawartych tam tez. Konkluzja jaka wynika z tragicznego losu rosyjskiej Cerkwi zawiera się w symbolicznym spotkaniu Stalina i biskupa Siergieja we wrześniu 1943 roku. Od tego momentu struktury Cerkwi zostają całkowicie podporządkowane aparatowi bezpieczeństwa ZSRS. Za zgodą upokorzonych duchownych. Proces kształcenia duchowieństwa, nominacji, zarządzania parafiami i resztkami życia monastycznego staje się częścią państwowej polityki ateizacyjnej. Faktycznie biskupi zgadzają się na samoograniczenie i redukcję kościoła do sprawowania obrzędów liturgicznych. W latach 70-tych, po pewnej odwilży, usiłowali bezskutecznie zwrócić uwagę na ten dramat kościoła księża Aleksander Mień, czy Gleb Jakunin, dysydenci i liderzy kościoła katakumb6.

Zachowanie przywódcy Cerkwi Rosyjskiej Cyryla I wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę – wiosną 2022 roku – i tego konsekwencje, utwierdza nas w przekonaniu, że rosyjska ortodoksja tkwi w głębokich odmętach bolszewickiego stalinizmu.

Destalinizacja Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej wymaga przede wszystkim głębokiej wymiany elit kościelnych, co jest zadaniem niezwykle trudnym i czasochłonnym.

Zza portretu katechona wyzierają wąsy Stalina

Takie sarkastyczne określenie znalazłem w tekście krakowskiego dziennikarza z ultraprawicowych mediów Piotra Doerre. Okazuje się, że na ten temat intrygująco wypowiadają się też Marek Cichocki i Adam Wielomski. Szczególnie Wielomski w tekstach sprzed dekady wskazuje Putina jako katechona7. Autor wówczas jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że szukając konserwatywnego uzasadnienia dla stalinizmu wpadnie w pułapkę jaką Moskwa zastawi na ultra-konserwatystów europejskich Autorzy przypominają, że pojęcie Katechon pochodzi z 2 Listu św. Pawła do Tessaloniczan, gdzie czytamy: „Albowiem już działa tajemnica bezbożności. Niech tylko ten, co teraz powstrzymuje (qui tenet nunc), ustąpi miejsca, wówczas ukaże się Niegodziwiec, którego Pan Jezus zgładzi tchnieniem swoich ust i wniwecz obróci [samym] objawieniem swego przyjścia (2 Tes, 2, 7-8). Wyrazy „ten, co teraz powstrzymuje”, po grecku „katechon” (κατέχων), to ktoś chroniący ludzi przed nadejściem Antychrysta. Katechon ma powstrzymać Apokalipsę, panowanie Antychrysta i wygrać eschatologiczną bitwę na polach Armagedonu.

Do dzisiaj nie wiemy kto lub co miał być katechonem opisanym przez św. Pawła. Dyskusja na ten temat trwa już blisko 20 stuleci i zapewne nigdy nie będziemy mieli w tej kwestii pewności. Współcześni badacze wyróżniają kilka teorii – kogo lub co miał na myśli Apostoł Narodów. Czy może jest to sam Bóg, który powstrzymuje upadek? Czy może rolę tę pełni Kościół katolicki kierowany przez Ducha Świętego? Nie jest wykluczone, że termin ma wymiar polityczny i chodziło o Cesarstwo Rzymskie, które swoim porządkiem chroni ład, zabezpiecza ziemski wymiar ludzkiej egzystencji.

We współczesnej myśli pojawia się jeszcze inna koncepcja katechona8 – jako wysublimowana eurazjatycka „geopolityka sakralna” skierowana do konserwatywnych elit wewnątrz i na zewnątrz Rosji. Szerokiej publiczności międzynarodowej Władimira Putina prezentuje się jako przedstawiciela tak zwanego nowoczesnego konserwatyzmu. Nie jest to ideologia, ale raczej postawa polityczna składająca się ze „zdroworozsądkowych” zasad, mocno kontrastujących ze zbiorowym „progresywnym obłędem” (klimat, ekologia, rewolucja obyczajowa itd.) opanowującym większość polityków europejskich czy amerykańskich.

Byłoby jednak grubą przesadą twierdzenie, że to Moskwa stworzyła wielowarstwową tkankę koncepcji ideowych, jakimi oplotła intelektualne elity zachodu. Intuicja podpowiada, że – tak jak w wielu taktykach i strategiach rosyjskich/sowieckich – Moskwa po prostu wykorzystuje „pożytecznych idiotów” i nadarzające się okazje. Postsowiecka ideologia to pustynia ideowa – słabo zorana po komunizmie ziemia – która wydała owoce w postaci różnorodnych idei koniecznych do podtrzymywania dyktatorów z jednej i zbłąkanych wędrowców z drugiej; dotyczy eremitów intelektualnego Armagedonu świata euroatlantyckiego, czyli obrońców tradycyjnych wartości.

Jeżeli rzymskokatolicki papież płacze nad tragiczną śmiercią córki ideologa euroazjatyzmu (dziewczyny aktywnie nawołującej do zabijania bliźnich) to jest to miara zbłąkania intelektualnego. W podobną jak dziś pułapkę dała się w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku wpędzić duża część europejskiej prawicy, która wobec sukcesów socjalizmu, wzmocnionego udaną rewolucją bolszewicką w Rosji, z nadzieją powitała rodzące się jak grzyby po deszczu, w krajach Starego Kontynentu, ruchy faszystowskie; co prawda rewolucyjne i postępowe, ale mające zatrzymać zwycięski pochód komunizmu.

Doprowadziło to do tragicznych konsekwencji, których przykładem – jak słusznie zauważa Doerre – może być los belgijskich katolików, skupionych w ruchu rexistowskim Leona Degrella. Romans z faszyzmem zaprowadził ich do sojuszu z narodowosocjalistyczną III Rzeszą, a sformowany przez Degrella – w ramach antykomunistycznej krucjaty – Legion Waloński przeszedł u boku wojsk niemieckich długi szlak bojowy od Ukrainy aż do Pomorza Zachodniego, zaś jego członkowie ginęli jeszcze w maju 1945 roku w ruinach Berlina! Czy katolikom godziło się stanąć przeciw szatańskiemu bolszewizmowi w sojuszu z nie mniej groźnym demonem nihilistycznego narodowego socjalizmu?

W takiej scenerii upadającego hitleryzmu jestem w stanie wyobrazić sobie najbardziej zaciekłych obrońców stalinowskiej Rosji w Ługańsku i Doniecku, którzy na ruinach putinowskiej budowli ideologicznej oddają krew wierząc w słuszność racji swojego wodza i przywódcy. Do roli Degrela pasowałby pewnie Girkin, Striełkow, Motorola, Dugin, Wołowiow itd. itp.

Ilu spośród wiążących z Rosją nadzieję na powstrzymanie ofensywy LGBT i zahamowanie tak zwanego wielkiego resetu zdobędzie się na konstatację, że i w tym przypadku mamy do czynienia z fałszywą alternatywą? Ilu zda sobie sprawę, że podążają za fałszywym „katechonem” jak dzieci wabione przez szczurołapa z Hameln – na zatracenie?

Ruchy LGBT, ekologizm ideologiczny i inne muszą być wspierane przez Rosję, ponieważ stanowią pożywkę dla rozwoju integralnego stalinizmu. Stalinizm karmił się nazizmem, potrzebował go jak tlenu dla własnego rozwoju. Dzisiaj na Ukrainie wyraźnie widać, że bez mitów stworzonych przez moskiewskich polit-technologów zabrakło by uzasadnienia do brutalnej agresji na niepodległy kraj.

Przypomnę w tym kontekście, że polscy patrioci, żołnierze Armii Krajowej do końca lat 50-tych odbywali wyroki w sowieckich łagrach z piętnem faszystów, umierając obok żołnierzy Wehrmachtu, litewskich szaulisów i armii cesarza Japonii. Upokorzenie wolności musiało być dla Stalina dosadne i najmocniejsze. Dzisiaj taki spektakl oglądamy w rosyjskich mediach z żołnierzami pułku Azow jako synonimem uosobienia zła w bolszewickiej potrawce ideologicznej.

Postulat destalinizacji ma nie tylko swój wymiar intelektualny, ale także bieżący, polityczny, gdyż stanowi podstawę nadziei, że nikt po tym nie zechce zabierać nam naszej wolności.

1 Zob. T. Snyder Bloodlands: Europe Between Hitler and Stalin (Basic Books, 2010);

2 Zob. M.in. A. Dugin, Osnowy geopolityki, Moskwa 1997,; W.A. Dergaczow, Geopolityka, Moskwa 2011; K.E.Sorokin, Geopolityka sawriemiennosti i geostrategija Rassiji, Moskwa 1996;

3 Por. Cz. Bielecki, Gra w miasto (1996), Więcej niż architektura. Pochwała eklektyzmu (2005), Sztuka budowania: współczesny paradygmat (2013);

4 Zob. A. Podrabinek, Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni, (polskie wydanie) Warszawa 2017;

5 Zob. M. Maszkiewicz, Mistyka i Rewolucja, Kraków 1995;

6 Por. G. Jakunin, Rosyjski Kościół Prawosławny, Paryż 1981;

7 https://konserwatyzm.pl/dlaczego-uwazam-putina-za-rosyjskiego-katechona/ (wejście 5 .06.2022)

8 Wywodzona z twórczości Carla Schmitta, u którego termin ten oznacza doczesną władzę, której zadaniem jest powstrzymywanie nadejścia antychrysta. W zestawieniu z Lewiatanem chodzi o znalezienie przeciwwagi tj. legitymizację i usprawiedliwienie dla grzesznej istoty władców zarówno duchownych (z papieżem na czele), jak i świeckich. Z jednej strony katechon daje niewierzącym więcej czasu na nawrócenie się przed końcem świata, lecz z drugiej oddala ostateczne zbawienie, do dokonania którego nadejście antychrysta jest konieczne. Osobno rozwija się rozumienie tego pojęcia w krajach tradycji prawosławnej. Aleksander Dugin, w swoich publikacjach jeszcze w 1997 jako katechona określał Rosję, mającą być Trzecim Rzymem, Świętą Rusią i „geopolityczną arką”.