Hollywoodzka adaptacja dzieła będącego jednym z fundamentów naszej cywilizacji to karkołomne zadanie i kiedy mój najmłodszy syn zaproponował mi pójście do kina na "Odyseję" zrobiłem to z niechęcią. Kultura antyczna niemal zniknęła z powszechnej edukacji zatem każda forma przyswojenia tradycji greckiej czy rzymskiej to jakaś wartość — pomyślałem i machnąłem ręką. Przemęczę się w kinie — w imię uzupełnienia wiedzy swojego dziecka. I tu zaskoczenie. Po wyjściu z kina czułem jakby ktoś na nowo opowiedział mi dawny epos, zręcznie używając do tego współczesnych pojęć, obrazów i narracyjnych narzędzi.
Odniosłem wrażenie, że centralną postacią w najnowszej produkcji Nolana stał się Demodokos — narrator. Grany przez słynnego rapera Travis Scott'a. Ktoś powie, że to przecież postać epizodyczna. Zaledwie tło. Pieśniarz obsadzony w roli lirnika-recytatora uderza wielokrotnie laską w podłogę, wyrzuca z siebie rytmiczne frazy i skupia uwagę: "posłuchajcie, opowiem wam...". Opowieść, która tworzy wspólnotę — taki jest przecież głęboki sens dzieła, które — przekazywane z ust do ust — przetrwa setki lat, aby potem zostać zapisana. Zaś spór o autorstwo to zaledwie część kanonu edukacyjnego.
Antoni Libera w arcyciekawej rozmowie z Piotrem Goćkiem narzeka na film Nolana, że to krytyka cywilizacji zachodniej, modne w hollywoodzkim świecie "podcinanie gałęzi", przy pomocy ukrytych narzędzi tzw. cancel culture. Libera jest autorem przekładu dzieła Homera więc polemizowanie z nim na temat wierności opowieści o Odyseuszu w najnowszej filmowej adaptacji nie jest zadaniem łatwym. Ale spróbuję zwrócić uwagę na inną sprawę, na coś co czyni epos żywym i prawdziwym: w gronie Gilgamesza, Hektora, Rolanda.... Istotą literatury jest przekaz, przesłanie, opowieść. Zatem kluczowa musi być rola opowiadającego. W kręgach naszej cywilizacji różnie go nazywano i różne funkcje społeczne przychodziło mu pełnić. Nie zawsze był nobliwym pisarzem-autorytetem. Czasem kuglarzem i manipulatorem. Demodokos wśród Feaków albo Wajdelota na litewskich wsiach i osadach zmienia treść legendy, modyfikuje w zależności od słuchacza, od odbiorcy. Wajdelota dobiera sceny i detale, tak jak rodzic opowiadający dziecku znaną bajkę, dostosowuje ją zarówno do aktualnych realiów jak i potrzeb wychowawczych.
Nauczyłem się tego sposobu interpretacji dawnej literatury analizując historię "Tryszczana". To rękopis białoruskiego eposu (oryginał w bibliotece Raczyńskich w Poznaniu) z przełomu XVI i XVII wieku. "Tryszczan" jest zmienionym europejskim eposem średniowiecznym o Tristanie i Izoldzie. Spisany ręką pracownika kancelarii Wielkiego Księstwa Litewskiego. Trzeba wiedzieć, że urzędnicy w WKL wywodzili się z kolegiów jezuickich lub pijarskich. Nauka w tych szkołach polegała m.in. na przyswajaniu obowiązujących języków w mowie i w piśmie. Do końca XVII wieku równouprawnione były na tym obszarze trzy języki tj. łacina, polski i starobiałoruski, zwany czasem lingua lietovia. Legenda Tristana dotarła do Wielkiego Księstwa Litewskiego w serbskiej wersji. Ale nie jest wykluczone, że opowieść o bohaterskim Tristanie i jego irlandzkiej ukochanej była już w średniowieczu w różnych wariantach ustnie przekazywana na obszarze dzisiejszej Białorusi i Litwy, dzięki licznemu sąsiedztwu zakonów rycerskich. Litewski Demodokos — upowszechniony przez Mickiewicza jako Wajdelota — stał się nośnikiem części kultury europejskiej. Opowiedział jednak swoją wersję Tryszczana — po białorusku.
Postać barda, śpiewaka i opowiadacza z dworu króla Alkinoosa na wyspie Feaków, przybliża prawdę m.in. o wojnie trojańskiej, gdy trafia tam rozbitek Odyseusz. Uczestnik wojny potwierdza prawdziwość opowieści. Homer może spać spokojnie. Jego wersja została uznana za kanoniczną. A co z lirnikiem — dziadem sienkiewiczowskim? To przecież kłamca i przebieraniec. Postać Zagłoby kwestionuje sakralność i nieomylność "wajdeloty".
W komparatystyce mitologicznej archetyp śpiewaka — strażnika pamięci zbiorowej to postać na marginesie władzy, ale w centrum rytuału, którego zadaniem jest w kluczowym momencie fabuły wyśpiewać/wygłosić opowieść niosącą ciężar tożsamości grupy. Demodokos śpiewa o Troi, stary wajdelota u Mickiewicza śpiewa o dziejach i cierpieniu Litwy — w obu przypadkach to moment, w którym opowieść epicka zatrzymuje się, by ustami wieszcza-śpiewaka przypomnieć zbiorowości, kim jest i skąd pochodzi.
Filarem naszej cywilizacji jest zatem opowieść. Kto zdoła lepiej opowiedzieć ten przejmuje władzę. Dla nas — w Europie i w Polsce — fundamentem kulturowym i aksjologicznym jest Biblia. To także „zbiór zapisanych opowieści". Kształtowany przez tysiąclecia, podawany w wersjach — w zależności od kontekstu — władzy i ludu. To kod kulturowy, bez którego nie da się zrozumieć człowieka i jego losu.
Antoni Libera we wspomnianej wyżej rozmowie zarzuca Nolanowi desakralizację cywilizacji, manierę polegającą na wyrzucaniu bogów z opowieści. Chciałby widzieć grecki Olimp — w filmowej adaptacji — takim, jak go opisywał słuchaczom sam Homer, tudzież inni kapłani kanonicznej narracji, nauczyciele w szkole lub sam mistrz Parandowski? W moim odczuciu ten postulat mija się z zadeklarowaną intencją reżysera i uzyskanym efektem. Odniosłem wrażenie, że w filmie Nolana aż gęsto jest od "sacrum". Wprowadzanie dosłowności spłaszczyłoby perspektywę. Chrześcijaństwo dotarło przecież do Greków i Rzymian właśnie dzięki wrażliwości na sacrum i dzięki atmosferze aksjologicznej, w której wojna, zbrodnia, zdrada są w sposób jednoznaczny traktowane jako zło. Czyż potrzeba nam mniej uniwersalnych kodeksów?
Opowieść Nolana o przygodach Odyseusza jest tak samo prawdziwa jak białoruski mit o Tryszczanie, co był serbskim księciem.
tekst opublikowano na portalu Wszystko Co najważniejsze
https://wszystkoconajwazniejsze.pl/mariusz-maszkiewicz-odyseusz-tristan-gilgamesz-czyli-spor-o-prawdziwa-opowiesc/