pw

Wstęp

Partnerstwo Wschodnie (PW) to program polityczny Unii Europejskiej skierowany do europejskich krajów byłego ZSRS, poza Rosją. Powstał z inicjatywy Polski i Szwecji, intensywnie wspierany w fazie formułowania – w latach 2008-2009 – przez kilka innych krajów UE (m.in. Czechy, Litwa, Wlk. Brytania).

PW obrosło już niezasłużoną – moim zdaniem – legendą. W związku z okrągłą dziesiąta rocznicą jego ogłoszenia (podczas Szczytu UE w Pradze, w maju 2009) warto przeanalizować genezę powstania i pierwotne założenia formułowane w Polsce; wszystko po to, aby zastanowić się, dlaczego po 10 latach PW odnotowuje tak mało namacalnych efektów oraz dlaczego aspiracje przynajmniej dwóch krajów nie mogą zakończyć się pełnym członkostwem we Wspólnocie.

Jeżeli ktoś w tym miejscu zamierza wymieniać urzędowe przykłady „sukcesu PW” – umowy stowarzyszeniowe, DFCTA, ruch bezwizowy i wymianę młodzieży to zadam pytanie: a byłyby inne rezultaty, gdyby ograniczyć się do istniejącej wcześniej Europejskiej Polityki Sąsiedztwa?

Jaką wartość dodaną wytworzyło PW, poza rebrandingiem, na poziomie urzędniczej nowo-mowy? Owszem, efektem zauważalnym wprowadzenia PW są liczne analizy i prace akademickie, eksperckie opracowania, tysiące książek i mniej ważnych publikacji. Na konferencjach poświęconych PW wypito hektolitry kawy, zjedzono dziesiątki tysięcy posiłków, wydano miliony euro na delegacje, podróże i ekspertyzy. Instytucje UE opublikowały setki gładko brzmiących komunikatów oraz kilka mało ważnych uroczystych deklaracji.

Tymczasem na Ukrainie – wojna, w Mołdawii – kryzys wywołany wielką korupcją, w Gruzji – okupowane przez Rosję terytoria, w pozostałych krajach zainteresowanie PW uzależnione jest od bieżącej koniunktury i kalkulacji zysków (Białoruś, Armenia i Azerbejdżan).

Pozwalam sobie na tekst bardzo osobisty, gdyż w większości zdarzeń poprzedzających powstanie PW uczestniczyłem, a w początkowej fazie jego tworzenia w MSZ zajmowałem jedno ze stanowisk średnio-wyższego szczebla.

Geneza powstania projektu

Warto zacząć od pytania, czy PW stanowi jakąś wartość dodaną wobec programu Europejskiej Polityki Sąsiedztwa (ENP), którego funkcjonowanie (również z budżetem i bardzo namacalnymi projektami) stanowiło w UE, od 2003 roku, ważny segment wspólnej polityki zagranicznej państw członkowskich? Są poważne opinie, iż EPS stworzyły w 2003 r. kraje obawiające się rozszerzenia UE. Po to, aby postawić tamę kosztom rozszerzania UE. Przed drzwiami instytucji UE zatrzymano skutecznie Ukrainę, Gruzję i Mołdawię, obawiając się problemów. Tymczasem, po 10 latach do bogatych krajów Unii przybyli inni, niekoniecznie oczekiwani goście, narażając hojne budżety socjalne bogatego Zachodu na nieoczekiwane, ogromne wydatki. Paradoksalnie – nie takiej integracji z sąsiadami oczekiwały instytucje i obywatele UE.

Kiedy porównamy dokument programowy Partnerstwa Wschodniego (Deklaracja w Pradze – dokument Rady nr 8435 z 7 maja 2009 r) z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (1638 z dnia 24 października 2006r.) określającym przepisy ogólne w sprawie ustanowienia Europejskiego Instrumentu Sąsiedztwa i Partnerstwa to rzuca się oczywista lapidarność tego pierwszego.

W 2004 roku w Polsce dominowało entuzjastyczne przekonanie, że wraz z rozszerzeniem Europa wraca do swoich korzeni przyjmując do UE kraje „wyrzucone” przez system sowiecki na margines cywilizacyjnego rozwoju. Panowało też przekonanie, że podobna sprawiedliwość powinna dotknąć jeszcze kilka europejskich państw, które wcześniej były w moskiewskiej orbicie wpływów. W środowisku skupionym wokół Marka Karpa i w założonym przez niego rządowym think-tanku Ośrodku Studiów Wschodnich dojrzewała myśl – po naszym wejściu do NATO oraz przed przystąpieniem do UE – aby polityka wschodnia zachodniego świata euroatlantyckiego uwzględniała perspektywę krajów Europy Centralnej. Przejawem tego były coraz głośniej wypowiadane i formułowane w wielu tekstach analitycznych, eksperckich postulaty wzmocnienia EPS. Jeżeli EPS był pogodzeniem interesów Niemieckich z interesami krajów europejskich basenu morza śródziemnego to z perspektywy polskiej – domagaliśmy się większego wsparcia dla Ukrainy, wzmocnienia aspiracji europejskich Gruzji, przeciwdziałania postsowieckiej propagandzie itd. Nieobecni nie mają racji, ale już jako nowi członkowie UE chcieliśmy, aby nasz głos był mocniej słyszalny. Dlatego zaraz po przystąpieniu do UE w latach 2005-2007 dojrzewała w Warszawie myśl, aby wystąpić z inicjatywą wzmocnienia EPS poprzez dodanie do niego nowych narzędzi. Zbiegło się to z silną antypolską kampanią na Białorusi oraz rewolucją pomarańczową w Kijowie.

Uczestniczyłem aktywnie w inicjowaniu projektu niezależnej telewizji dla Białorusi (TV Belsat), gdy powstawała myśl, aby rozszerzyć działania o moduł rosyjskojęzyczny. Już wówczas putinowska propaganda (koncepcje Dugina, Surkowa, resowietyzacja i walka z „kolorowymi rewolucjami” itp.) wyzierała spod powierzchni tonącej rosyjskiej demokracji.

Komisja Europejska i jej urzędnicy niechętnie patrzyli na polskie projekty, ale brakowało też dyplomatycznego wsparcia. W rezultacie środki finansowe (kilkadziesiąt milionów Euro powędrowało nie do antysowieckiego dziennikarskiego środowiska białorusko-polskiego tworzącego BELSAT TV, ale do kieszeni rosyjskich oligarchów, którzy wykorzystali lobby w Brukseli i namówili urzędników KE do finansowania rzekomo niezależnych białoruskich programów (po rosyjsku!) w komercyjnej stacji RTVi. Czy ktoś po latach dokonał uczciwego audytu tak zmarnowanych środków ?

Po upadku rządu PiS, nowa ekipa PO – na przełomie 2007/2008 roku – zabrała się za przegląd polityki wschodniej. Część ekipy Premiera Donalda Tuska była za utrzymaniem dotychczasowej linii politycznej, część uważała, że lepiej dogadywać się z Rosją. Ówczesny Minister SZ Radosław Sikorski dostrzegł w projekcie EPS Plus (wtedy jeszcze nie wykrystalizowała się nazwa Partnerstwo Wschodnie) szansę na zwiększenie swojej pozycji politycznej, przejął pomysł od poprzedniczki Anny Fotygi i rozpoczął dyskusję w resorcie na temat technicznych szczegółów. Do pomysłu przedstawienia w instytucjach UE nowego projektu nakłonił szwedzkiego Ministra C. Bildta. Trwały rozmowy z innymi państwami podzielającymi polską wrażliwość w sprawach wschodnich.

Kiedy latem 2008 roku pojechałem w delegacji MSZ do Kijowa, aby ukraińskim urzędnikom tłumaczyć korzyści z nowej inicjatywy polsko-szwedzkiej to w odpowiedzi od ówczesnego wiceministra SZ Konstantego Jelisejewa usłyszeliśmy nieprzyjemne pytanie: po co to robicie? Czy nie jest to kolejna rosyjska „wrzutka”? Czy nie jest to próba stworzenia nowego „zamrażalnika” dla krajów aspirujących do UE? Ówczesne obawy Kijowa, z dzisiejszej perspektywy wydają się – niestety – zasadne. Zwłaszcza w kontekście odrzucenia Membership Action Plan dla Ukrainy, podczas szczytu NATO w Bukareszcie, zwłaszcza po rosyjskiej agresji na Gruzję. Niby UE i NATO to dwa odrębne projekty polityczne, ale dla ludzi na wschodzie nie ma znaczenia w której kolejce stoją, w długim i zawiłym korytarzu, do bezpiecznego i zamożnego świata. Te drzwi się przed nimi zatrzaskiwały.

Wykrzywiony projekt i chybiony plan

Jako urzędnik MSZ, wicedyrektor departamentu i doradca ministra ds. Białorusi, Ukrainy i Mołdowy miałem nadzieję w 2008 roku, że inicjowany projekt będzie stanowił silny mechanizm wspierający procesy transformacyjne u naszych sąsiadów. Miałem za sobą doświadczenie współpracy z organizacjami pozarządowymi – a to właśnie trzeci sektor wyznaczał w Polsce kierunek wschodni. Miałem też doświadczenia z Białorusi, z lat 90-tych, gdzie postsowiecki reżym ustanawiał inne standardy w Europie, usprawiedliwiając dla korzystnego interesu łamanie zasad i demokracji. Z drugiej strony – badania i ekspertyzy wskazywały, że społeczeństwo białoruskie oczekuje od tzw. Europy jasnych i zdecydowanych działań wzmacniających ich aspiracje. Łukaszenko jednak wybrał „chiński model” rozwojowy, uznając proces upodmiotowienia społeczeństwa za zbędny balast w skutecznym zarządzaniu – zastraszonym i zdezorientowanym – „swoim własnym” społeczeństwem. Polski trzeci sektor próbował tworzyć przez blisko dwie dekady silną zaporę przed tym, ale wobec braku wsparcia instytucji państwowych musiał polec.

Jeżeli mielibyśmy odbudować skuteczność takiego projektu jak PW to należałoby wrócić do efektywnego wspierania upadającego trzeciego sektora.

Putin i Łukaszenka obawiając się społecznej podmiotowości skutecznie wyrzucili ze swoich krajów wszystkie poważniejsze podmioty społeczne, zaś niektóre państwa UE próbowały je zastąpić własnymi strukturami państwowymi, udającymi niezależne. To doprowadziło do zwiększenia presji i w rezultacie wyparcia tzw. zagranicznych agentów z obszaru, który miał szansę być dźwignią w odbudowie społeczeństwa obywatelskiego, samorządności i postaw republikańskich w krajach wychodzących z mentalnego bolszewizmu i etatystycznego komunizmu.

Ale zacznijmy jeszcze raz od początku. Kiedy Polska przystępowała do UE jednym z ambitnych zadań było – wbrew narzucanym interpretacjom o poczuciu misji na Wschodzie – uczynienie naszego wschodniego sąsiedztwa bezpieczniejszym, zamożniejszym, bardziej przewidywalnym. Nie było tu miejsca na ideologiczne założenia, a oczywista prawda, że rozwijający się, spokojny sąsiad nie będzie dla nas zagrożeniem. Przeciwnicy polskiego zaangażowania na wschodzie, aby uczynić silniejszą swoją krytykę, wysuwali i wysuwają argumenty o „polskim genie mesjanizmu”, używając zwłaszcza historycznych kostiumów projektu prometejskiego. Narzucanie takiej interpretacji – „giedroyciowy mit”, „prometeizm”, „polski mesjanizm” – i tego typu pojęcia stały się narzędziem szyderstwa. Podczas, gdy u źródeł zaangażowania na wschodzie stało i stoi racjonalne założenie o konieczności poszerzania obszaru bezpieczeństwa. Dzisiaj ciągle stoimy – cała Europa – przed tym wyzwaniem.

Z PW stworzono po rocznych (w 2008 roku) konsultacjach między państwami członkowskimi i między strukturami unijnymi, gładki i niewiele znaczący dokument. Deklaracja PW została sprowadzona do kilku kartek ogólnego tekstu, nikt nie był gotowy – ani Bruksela, ani ówczesny rząd PO w Warszawie – do budowania ambitnego projektu angażującego dodatkowe środki i wymagającego szczególnego wysiłku ze strony inicjatorów. Zabrakło instytucjonalnego wsparcia dla trzeciego sektora oraz dla ambitnych, długoplanowych projektów idących głębiej w społeczną tkankę. Mołdawski przykład boleśnie ilustruje, że dialog urzędników brukselskich z urzędnikami stolicy kraju PW – prowadzi do fatalnych następstw.

Zmarnowany polski wkład

Z PW zostały resztki – pasywny, niezwykle ostrożny projekt, który miał też inne dodatkowe zadanie: wewnątrzpolityczne, w Polsce. Chodziło o przykrycie faktycznie prorosyjskiej orientacji rządu Donalda Tuska (pierwsza wizyta jako premiera miała miejsce w Moskwie, a nie w Kijowie), a dla samego ówczesnego ministra SZ miała to być tylko sprężysta trampolina do europejskiej i światowej kariery.

Istnieje długa lista głównych błędów i zaniechań ekipy Tuska w implementacji, początkowo ambitnych założeń PW. W latach 2009-2015 ekipa rządząca świadomie lub nie powstrzymała się od ambitnych projektów z zakresu bezpieczeństwa. Premier Tusk sabotował, ignorował lub w najlepszym wypadku lekceważył inicjatywy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Prorosyjskość Tuska nie wynikała z „miłości do Putina” ile z konformizmu i kalkulacji, jaką dokonuje wielu polityków na zachodzie. W Niemczech panuje niepisany dogmat, że Rosja jest i pozostanie silna, dlatego trzeba się z nią dogadywać, nawet kosztem jej słabszych sąsiadów. Takie chłodne podejście (interesy przed wartościami) miało swoje konkretne egzemplifikacje w działaniach rządu Tuska. Np. demonstracyjna wizyta w Moskwie, w lutym 2008 roku (dwa miesiące po objęciu urzędu, a przed wyjazdem do Kijowa czy Wilna); realizacja projektu Mały Ruch Graniczny (z włączeniem całego OK, nawet wbrew unijnym zasadom o ograniczonej do 50-70 km strefy MRG i wbrew interesom Litwy, czy „w poprzek” europejskiej zasadzie solidarności). Doprowadziło to do ochłodzenie relacji z najbliższymi sąsiadami – Ukrainą i Litwą. Przykładem szczególnym niech posłuży kwestia désintéressement projektem rehabilitacji i przebudowy elektrowni atomowej w Ignalinie oraz przyzwolenie na konkurencyjne projekty energetyczne (Ostrowiec na Białorusi czy zaniechania w budowie elektrowni w Ostrołęce). Jeszcze jednym przykładem jest kwestia przygotowania realizacji projektów infrastrukturalnych we współpracy z Obwodem Kaliningradzkim, za pieniądze unijne, przy demonstracyjnym pomijaniu strony litewskiej.

Z dużą dozą gorzkiej satysfakcji oglądamy dzisiaj Donalda Tuska – jako Prezydenta Europy -, który w Kijowie stał się w lutym 2019 roku wielkim rzecznikiem interesów Ukrainy.

W szerszej perspektywie europejskiej można też ubolewać, że zarówno w Warszawie jak i w Brukseli zrezygnowano z ambitnych programów medialnych dla krajów obszaru rosyjskojęzycznych (początkiem mógł być BELSAT, który został zaniedbany i ograniczony do polskiego podwórka). Dzisiaj podnosi się liczne postulaty o konieczności walki z rosyjską propagandą, ale kiedy powstawały w Polsce i na Litwie zalążki takiego ambitnego projektu, w latach 2006-2007, wówczas środki KE szły dla konkurencji. Nie bez związku z tą biernością UE mamy dzisiaj rażący ogień propagandy rosyjsko-sowieckiej poprzez projekty Russia Today czy Sputnik.

W takich sytuacjach najbezpieczniej jest – to sprawdzono w dobie każdego kryzysu – sięgać do źródeł. W wypadku europejskiej integracji oraz polityki bezpieczeństwa naszego kontynenty takim fundamentem wydaje się katalog aksjologiczny. Społeczeństwa wschodniej Europy tęsknią za jasną wykładnią, borykając się z nieudaną transformacją i zatrutymi owocami źle przeprowadzanych reform, przez równie niewiarygodnych polityków.

W efekcie zagubienia drogi do skutecznej transformacji w niektórych krajach zaczęto szukać innych narzędzi i innych systemów aksjologicznych. Do krajów tych przede wszystkim zaliczamy Rosję, z jej tzw. „suwerenną demokracją” oraz fascynacją chińską zamożnością, pod czerwonym sztandarem komunizmu.

Społeczeństwa Ukrainy, Gruzji czy Mołdowy pozostają przy europejskich aspiracjach, nawet wbrew ich elitom.

Najważniejsze narzędzia i dlaczego to nie działa

W bardzo grubym zarysie można stwierdzić, że Partnerstwo Wschodnie szybko stało się katalizatorem dwóch sprzecznych koncepcji, w polityce UE, w odniesieniu do postsowieckiego wschodu.

1. koncepcja to orientacja na Rosję – z jej modelem quasi-chińskiej, bądź eurazjatyckiej transformacji gospodarczej i politycznej;

2. koncepcja zorientowana na odbudowę podmiotowości społeczeństw postsowieckich (głównie dotyczy to dzisiaj Ukrainy, Białorusi, Mołdowy, Gruzji) czego celem jest budowanie alternatywnej do skorumpowanych elit politycznych siły społecznej zdolnej udźwignąć trudny proces przeobrażeń, kierujących te społeczeństwa w stronę wyznawanego lub pożądanego europejskiego systemu aksjologicznego.

Tymczasem podstawą i głównym narzędziem PW powinno być przywracanie podmiotowości, zasadniczo w modelu republikańskim, choć takie podejście nie powinno stanowić ideologicznego „sine qua non”. Mamy bowiem dzisiaj problem z podobnym modelem – społeczeństwa otwartego – który przeszedł – od końca lat 80-tych – dość pogmatwaną drogę i stał się pewnym obciążeniem dla całego sektora pozarządowego, z uwagi na zbyt jednoznaczne konotacje ideologiczne (by nie powiedzieć dogmatyczne) – lewicowe czy liberalne.

Prawicy europejskiej – tej konserwatywnej szczególnie – odebrano prawo do głoszenia zasad wolności społecznej – uznając to za sprzeczne z modelem republikańskim. Dziwnym zbiegiem okoliczności ten sam model w USA ma prawo bytu i jest w głównym nurcie politycznego życia.

Wielu uczonych potwierdza kryzys liberalizmu, ale często mija się z pytaniem czy u źródeł kryzysu tego świata do którego przywykliśmy, nie leży zbyt łagodne, aksamitne rozstawanie się z komunizmem? Stalin i jego widmo nadal wisi nad krajami PW. Dopóki osinowym kołkiem nie przebijemy „ideologicznego wampira”, dopóty będzie nam przeszkadzał w powrocie do źródeł europejskich wartości. Jeżeli demokrację uznamy – nie za cel sam w sobie – a jedynie za narzędzie dla realizacji naszego systemu wartości, wówczas problem pojawi się zupełnie z innej strony. Przy odrobinie dobrej woli – nawet lewicowi politycy – zrozumieją niesprzeczność tego typu podejścia z konserwatywnym republikanizmem.

Jeżeli wydawało się przeciwnikom podmiotowego społeczeństwa, że w obu podejściach nie musi być sprzeczności, to rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainie, postawiły kropkę nad „i”. Nie kto innych tylko redaktor „Kultury” paryskiej użył pierwszy słynnego sformułowana –nie ma wolnej Ukrainy bez wolnej Polski i odwrotnie. Co tłumaczy się bardzo prosto – bezpieczeństwo i niepodległość Polski zawsze było zagrożone, gdy nasi wschodni sąsiedzi – Ukraińcy, Litwini, Białorusini, Gruzini i wiele innych narodów dawnego ZSRS – byli w opresji i stanie wojny ze swoim „moskiewskim” sąsiadem.

Jak przeprowadzić kapitalny remont Partnerstwa Wschodniego ?

Pozostaje pytanie jakie/które części PW nadają się do „kapitalnego remontu” oraz jakie/które nowe narzędzia należy wygenerować, aby projekt „solidarności Europejskiej w jej wschodnim wymiarze” miał nadal żywotne znaczenie i był efektywny?

Z pewnością należy zacząć od głębokiej i uczciwej analizy celów oraz metod. Z pewnością jest to zadanie dla nowego Parlamentu Europejskiego i wybranych przedstawicieli państw w strukturach administracyjnych instytucji UE.

Budowanie mostów i empatia w relacjach międzynarodowych nie wynika ze stosunków instytucji i wysokich urzędników. To sieć powiązań, odniesień i wspólnych działań wielu tysięcy, różnych grup społeczeństw, które same potrafią budować dobre relacje. Wystarczy tylko dostarczyć im odpowiednich narzędzi lub tylko zapewnić miejsce.

PW powinno uruchamiać tego typu narzędzia (nie jako deklaracje w dokumentach programowych i jako panele tematyczne w trakcie konferencji), które pozwolą na przełamywanie barier i tym samym zmniejszanie nastrojów nacjonalistycznych czy szowinistycznych.

Temu służą dwa główne mechanizmy – sprawdzone i wypróbowane od lat, chociaż w Polsce dość słabo i coraz słabiej wykorzystywane – stypendia w RP (pobyty, staże, studia, praca, wymiana, odpoczynek, projekty kulturalne) oraz zaangażowanie – głównie przez NGO i podmioty społeczne – młodych ludzi w różne projekty na Wschodzie (udział w działaniach z zakresu pomocy rozwojowej i humanitarnej, projekty kulturalne i społeczne, staże i pobyty zawodowe, studia, aktywność medialna, itp.).

Te dwa mechanizmy powinny być dobrze „naoliwione” środkami finansowymi oraz ułatwieniami w systemie grantów rządowych (uwzględnić problem braku stałego finansowania dla małych podmiotów oraz wysokość tzw. kosztów administracyjnych. Mówiąc dosadnie – młodym ludziom z pasją skierowaną na Wschód – musi towarzyszyć jednocześnie twarde oparcie o finansowanie, a nie mitręga urzędnicza z projektami pełnymi rosnących wymagań i ograniczeń.

Nie może być też tak, że „duże ryby zjadają małe” – organizacje „pseudo NGO” mające duże biura i wieloletnie finansowanie są faktycznie regrantowcami. Wysysają z małych podmiotów i osób fizycznych (z zapałem i pomysłami) ich pracę i energię tylko dla wzmocnienia swoich instytucji.

Wnioski

PW jest i pozostaje pożytecznym projektem, ale nadaje się do kapitalnego remontu. Taki remont polegałby na pozostawieniu tego co dobre i co się sprawdziło, oraz wyrzucenie wszystkich formalnych i sztywnych mechanizmów wynikających z administracyjnej mitręgi wielkiego organizmu jakim jest KE.

PW powinna uzyskać oddzielny i dużo skromniejszy aparat biurokratyczny (w ramach DG lub ESDZ), którego celem nie byłoby znajdowanie regrantodawców, ale budowanie koalicji wokół makroprojektów. Takie koalicje podmiotów publicznych i prywatnych uzyskiwałyby finansowanie na bardzo konkretne i oczywiste projekty nie-ideologiczne.

Dobrym przykładem jest niezwykle skromna, ale skuteczna aktywność polskiego dyplomaty Jerzego Pomianowskiego, który przez Ministra Sikorskiego został zainstalowany na stanowisku koordynatora European Endowment for Democracy. Niestety, niemal od początku Pomianowskiego pozostawiono samemu sobie; ani rząd ani MSZ nie udzielały mu należytej uwagi ani wsparcia. Rząd w Warszawie zachował się od samego początku bardzo powściągliwie, a służby dyplomatyczne nie czują potrzeby wspierania projektu, gdyż jest w Brukseli, czyli daleko od naszych biurek. Sama konstrukcja EED jest też trudna do przyjęcia przez wielu, gdyż projekt musi cały czas zdobywać uznanie i sojuszników do mikro działań, zamiast mieć duże wsparcie na makro-projekty od wielu silnych podmiotów w całej UE.

Drugim takim przykładem jest projekt TV BELSAT, który mimo wielkich negatywnych działań instytucji rządowych a niekiedy i samej współzałożycielki, wytrzymuje próbę czasu i stanowi dobry zaczątek szerszego projektu medialnego. Chodziłoby jednak o poszerzenie i powiększenie projektu, danie miejsca pracy wielu uczciwym dziennikarzom z krajów WNP i PW, którzy przymierają głodem lub są prześladowani.

Trzecim przykładem są duże programy edukacyjne. Brakuje determinacji, nie tylko polskiego rządu, aby wesprzeć te z nich, które doprowadzą do wzmocnienia europejskiego i euroatlantyckiego modelu kształcenia młodzieży. Przy oczywistej digitalizacji otaczającego nas świata to nie musi być kosztowne, ale wymaga silnego wsparcia instytucji państwowych i unijnych.