W najbliższym numerze „Przeglądu Powszechnego” ukaże się, przygotowana przeze mnie, recenzja drugiego tomu wyśmienitej pracy Michała Jagiełły „RAZEM CZY OSOBNO?”
Drugi tom „Przewodnika po lekturach” Michał Jagiełło zatytułował: „Razem czy osobno?”.[1] Dla przypomnienia pierwszy tom tej dwuczęściowej pracy o formowaniu się naszych politycznych idei i postaw w odniesieniu do naszych sąsiadów, nosił nazwę „Narody i narodowości”. W pierwszej części obserwujemy procesy kształtowania się różnic ideowych oraz źródła konfliktów, w nowym drugim tomie odnajdujemy zarys formowania się polskich koncepcji politycznych i geopolitycznych w momencie bezpośrednio poprzedzającym odzyskanie niepodległości. „Narody i narodowości” to zatem opowieść o mechanizmach rządzących procesami i relacjami z podnoszącą się z niebytu ideą Litwy, Ukrainy i Białorusi. „Razem czy osobno” to już zarys koncepcji i strategii politycznych, które staną u podstaw polityki zagranicznej II RP. Nieprzypadkowo główną rolę odgrywają tu dwie wybitne postacie, których dzieła, artykuły tak gęsto cytuje Jagiełło. Chodzi o Michała Rőmera oraz Leona Wasilewskiego. Nieprzypadkowo pewnie też przebija w książce Jagiełły sympatia dla tego typu poglądów, co widać na tle prezentowanych odmiennych poglądów luminarzy lub sympatyków Narodowej Demokracji.
Proponowany przez Michała Jagiełłę wybór tekstów i lektur obejmuje okres kształtowania się podstawowych pytań o przyszłość relacji polsko-ukraińskich, polsko-litewskich. Jak zauważa Jagiełło na początku pracy, niebagatelną rolę odegrał tu Henryk Sienkiewicz, który z wprawdzie z empatią odnosi się do przejawów patriotyzmu litewskiego czy „Rusińskiego”, ale z drugiej strony zaciekle broni prawa Polaków do tego, aby nie traktować nas na równi z okupantami i zaborcami. „Nie kąsaj ręki, która Cię karmiła…” zdaje się nawoływać polski noblista. A wiemy jak silne będą przez pokolenia kalki i schematy, które stworzył i wprowadził do polskiej świadomości narodowej stosując pomieszanie fikcji literackiej z historyczną narracją zaczerpniętą z prac kronikarzy XVII stulecia.
Czy to przypadek, iż polski Noblista był szanowany przez władze carskie? Bo przecież portrety naszego pisarza wisiały w salach szkolnych od Warszawy do Władywostoku z podpisem „russkij pisatiel’”? A może to odwieczna polityka Petersburga, w której chodziło o asymilację „sienkiewiczyzmu” i pozyskanie Polaków dla „ogólnej sprawy”, w chwili konfliktu wojennego z Japonią? Podobnie jak to miało miejsce później w 1914 roku, gdy Car Mikołaj obiecuje Polsce bliżej nieokreśloną autonomię w zamian za aktywny udział w wojnie z Niemcami. Czy to przypadek, że już na początku XX wieku polskie środowiska narodowe, występujące z umiarkowanymi postulatami, były co najmniej tolerowane przez polityczne i decydenckie kręgi Petersburga? Polskość – jako czysta idea narodowa – okrojona z ambicji geopolitycznych nie musiała być groźna dla Cara Mikołaja, skoro „odważnie” wysuwał obietnice autonomii i jakiejś „quasi-państwowości” wobec bratniego słowiańskiego narodu.
Czy nie jest znamienne, że Petersburg nie reagował nerwowo, gdy mówiliśmy nad Wisłą o polskiej sprawie, a zawsze odpowiadał złowieszczym pomrukiem, gdy upominaliśmy się o naszych pobratymców litewskich czy rusińskich? Wsobna idea narodowa, idea polskości skierowanej ku sobie, ku czystej nacji, nie była groźna ani dla Petersburga ani dla Moskwy?
Dlatego na szacunek zasługuje wysiłek i pomysł Michała Jagiełły, aby pokazać to zjawisko w procesie, in statu nascendi. Koncepcje krajowców, prace Wasilewskiego, publicystyka Rőmera, Sylwestrowicza i wielu innych – to skarbnica polskiej mądrości, której mieli prawo obawiać się zaborcy. Dzisiaj państwowość Litwy, Ukrainy wydaje się czymś oczywistym, a przecież jeszcze sto lat temu część ich inteligencji obawiała się realnego schyłku. I to wcale nie Dmowski prorokował upadek „litwomanów”. Przykładem niech posłuży słynna wypowiedź w Królewieckim Landtagu Vilusa Gaigalatisa (Wilhelma Gaigalata), przedstawiciela litewskiej mniejszości w Prusach Wschodnich: „Pozostawcie nam czas, już znikamy, znikamy jak zorza wieczorna nad morzem. Pozwólcie nam spokojnie umrzeć”. Gaigalat był zwolennikiem ścisłej współpracy z Niemcami a rolę Litwy widział w postaci hinterlandu, zaplecza dla armii posuwającej się na wschód. Jak zauważa Jagiełło, reakcja na powstanie Taryby w 1917 roku (w czym Gaigalat miał spory udział) to wybuch zazdrości, poczucie zdrady wśród polskich elit. Oto my rysowaliśmy romantyczne wizje nowej Unii, nowego Wielkiego Księstwa, federacji i połączenia sił, a oni się od nas odwrócili, ku Niemcom. A czy na pewno mieli lepszą i poważniejszą alternatywę w tamtym czasie?
W II tomie przewodnika Michała Jagiełły spotykamy wiele niedopowiedzianych historii, czym autor zmusza nas do pogłębienia refleksji nad naszymi podstawowymi pytaniami pojawiającymi się w zderzeniu z ukraińską czy litewską myślą polityczną. Ten dialog będzie trwał i schodził na coraz niższe pokłady narodowej świadomości.
Razem czy osobno? To pytanie nie o drogę, która jest już widoczna za horyzontem rozpadających się imperiów – Austro-Węgier, Rosji i Prus. Razem czy osobno? To kilkuletni dyskurs na łamach prasy, w broszurach i publikacjach naukowych, gdzie dochodzi do formułowania pierwszych zarysów strategii politycznych wyzwalającej się Polski. Jak reagować na aspiracje Litwinów, Ukraińców i Białorusinów? Jaki styl dyskusji i strategię dialogu uznać za podstawowy?
Z jednej strony widać ofertę „twardej” rozmowy z elementami szyderstwa. Hajdamaki to pojęcie oznaczające nieucywilizowaną czerń turańsko-słowiańską, jak pisał w 1906 roku Franciszek Rawita-Gawroński, „tłumaczące” całe zło powstałe z pozostawienia tej hordy bez odpowiedniego nadzoru. Jagiełło przypomina, że obraz Ukraińca, mordującego Polaków na Wołyniu, powstał nie w latach 40-tych, ale jeszcze na początku XX wieku. Jagiełło cytuje świadectwa przemocy i okrucieństw spisywane skrupulatnie „na wołowej skórze”, jeszcze przed I wojną światową!
Dlatego nie ma się co dziwić, że każda próba wyjścia naprzeciw narodowym aspiracjom „Rusińskim”, ze strony polskich polityków, była definiowana przez niektórych radykalnych publicystów jako „polityczne mazgajstwo”. Jagiełło przytacza zapomnianą wypowiedź Józefa Kuczyńskiego z 1907 roku: „W chaosie obecnym drobne narodowości przebywają gorączkę megalomanii […]. Żądania obecne Litwinów mają nie więcej zdrowego sensu jak bredzenie chorego w malignie […]. Więc ostatecznie, co mądrego, co sprawiedliwego w mazgajskim uleganiu psychopatycznym albo burzycielskim narodom Litwinów bądź Rusinów? […] Zboczeniem jest polityka stańczykowska względem Rusinów w Galicji – takim zboczeniem grozi też polityka „świętego spokoju” naszych nad ugodowców na Litwie”.
Nie bez racji wydają się takie radykalne sformułowania, gdy porówna się je do naiwnych, idealistycznych i ogólnikowych haseł zawartych w programach partyjnych oraz odezwach dotyczących budowy Niepodległej. „Związek Polski-Litwy-Rusi na wszystkie narody Europy roztoczyć chcemy. Wolności, przywileje szlachty na cały naród rozszerzyć – wszystkim w narodzie dać prawa jednakie, równe sprawiedliwe. Znakiem naszym Orzeł Biały, Pogoń i Archanioł Michał – symbole wzniosłości, męstwa, świętości […]. Młoda Polska Ludowa trzymać się będzie względem Litwinów i Rusinów….”. Takie teksty i hasła wywołują dzisiaj uśmiech, ale z drugiej strony każą postawić sobie całkiem współczesne pytanie o narzędzia w polityce. Czy po stu latach dopracowaliśmy się rzeczywiście tak wielkiego dorobku? Czy mamy dostatecznie dużo skutecznych instrumentów, aby przeciwdziałać zjawiskom wymykającym się politycznemu ratio, w obliczu emocji, nienawiści? Nie jest chyba z nami tak dobrze, abyśmy mieli prawo chichotać nad naiwnością naszych politycznych przodków. To przecież Piłsudski i Wasilewski wmawiali Litwinom, że chcą tylko i wyłącznie ich dobra. Okazało się, że są bezradni wobec uporu braci zza Niemna i niechęci, nieufności narosłej latami. Polityczne mazgajstwo II Rzeczpospolita zamieniła w stanowczość i surową „czułą, ojcowską” sprawiedliwość. Co się okazało skuteczniejsze? Koncepcja jagiellońska, bez solidnych narzędzi politycznych stała się tuż po śmierci Marszałka karykaturą samej siebie. Koncepcja piastowska, też zresztą skonała wkrótce pod ciężarem własnego cielska. To, o czym dzisiaj mówimy (w kategoriach opozycji: jagiellońska- piastowska), wydaje się cieniem dawnych idei, których zresztą nikt w czystej postaci nigdy nie doświadczył.
Michał Jagiełło daje nam niezwykle cenne narzędzie służące do przeglądania się w lustrze narodowej megalomanii. Owszem, jesteśmy wielki i silnym narodem, mamy prawo do realizacji swoich aspiracji i dumnego wznoszenia sztandaru chwały. Ale czy przez brak delikatności i subtelnego instrumentarium politycznego nie pozbawiliśmy się na długie lata sojuszników, którzy mogliby nas wesprzeć w chwilach bolesnego i tragicznego upadku? To pytanie, wbrew pozorom, nie jest wyłącznie retoryczną ozdobą na potrzeby historycznych opracowań i zgrabnych analiz.
Odnajdujemy jeszcze jeden niezwykle aktualny dylemat – dotyczący tym razem Białorusi. Jagiełło przypomina sławny tekst Jana Bułhaka z „Gońca Wileńskiego”, z 1908 roku. Jest to zawołanie publicysty do polskiej inteligencji kresowej, aby porzucili mrzonki o tworzeniu się narodu białoruskiego: „…o zaślepione niańki kultury białoruskiej – źle się bawicie! […] Rzućcie tę pustą kołyskę białoruską, w której żadne dziecko leżeć nie chce, wróćcie do waszych domów, do waszych własnych dzieci, nieumytych, rozczochranych, obdartych, któreście porzucili, aby niańczyć cudze”.
Białoruś jako sprawa beznadziejna? Czy dzisiaj tego pytania nie da się odnieść do wielu instytucji i osób zaangażowanych w proces demokratyzacji Białorusi? Bezlitosna rusyfikacja i polityczna degradacja idei obywatelskiej, ruchu demokratycznego za naszą wschodnią granicą na nowo stawia przed nami konieczność uświadomienia sobie takich wątpliwości. Czy to warto? Jak długo jeszcze? Czy w końcu to i tak nie obróci się przeciw nam?
A jaka jest alternatywa? Zgoda na rosyjski wariant „suwerennej demokracji” i dyktat biznesu drwiącego ze świata wartości?
A przecież bywało, że i Leon Wasilewski natrząsał się z Michała Rőmera, krytykując np. nowo powstałe pismo „Litwa”: „na każdej niemal stronie tego pisemka spotykamy się ze zdaniami i twierdzeniami, mogącymi wywołać poważne wątpliwości co do poczytalności umysłowej ich autorów”. Ostro, prawda? A przecież wydawało się, że i Romer i Wasilewski rozumieli więcej niż niejeden polityk i urzędnik warszawski. Dlaczego mamy z Litwinami takie kłopoty? Szyderstwo Wasilewskiego odbiło się bolesną, polityczną czkawką, również w jego rodzinnej, osobistej historii.
I jeszcze jeden niezwykle ważny akcent, związany już z „Przeglądem Powszechnym”, wobec którego Michał Jagiełło, jak widać pozostaje lojalnym współbratem. W książce kilka razy wraca do publicystyki i ważnych tekstów z pisma jezuitów. Wybiera teksty mądre i przemyślane. Czy wszystkie takie były? Ale to już materiał na nową książkę. A warto, bo przecież mamy rok Piotra Skargi, którego znaczenie dla budowy idei jagiellońskiej (jakby jej nie rozumieć) była olbrzymia i nie do przecenienia.
[1] M. Jagiełło „Razem czy osobno? Przewodnik po lekturach”, Wydawnictwo UW, Warszawa 2011;