Reakcja na moją książkę – wywiad z prof. Landsbergisem – jest ciągle dość żywa a niekiedy i złośliwa. W kilku prywatnych rozmowach prawicowi publicyści zarzucali mi zbytnią „uległość” i fakt, że nie reagowalem na „obelgi pod adresem polskich bohaterów”. Rzeczywiście nie rzucałem się z pięściami na litewskiego rozmówcę, nie wyciskałem zeznań, nie pomstowałem, gdy żle wspominał „Łupaszkę”. Nie poprawiłem go również, gdy zarzucał AK iż chcieli eksterminować Litwinów z Wileńszczyzny w 1944 roku. Uderzam się pierś, nie zrobiłem tego. A przecież nie tylko w duszy czczę polskich i litewskich bohaterów, „żołnierzy wyklętych”, którzy przez wiele dziesiątków lat byli wdeptywani w glębę pamięci narodowej przez naszych rodzimych bolszewików. Tyle, że wojna ma swoje własne reguły gry. Jeżeli była jakaś (subiektywna nawet) krzywda, to skrzywdzony ma prawo o niej mówić. A pamięć w litewskim narodzie jest wyjątkowa i na nic tu pobłażliwe uśmieszki, że skala tragedii nie była współmierna do tego co było w relacjach polsko-ukraińskich. Przecież nie czczę Bandery, którego oddziały bestialsko zamordowały prawie całą rodzinę mojej Mamy. Staram się utrzymywać dialog, a nie wchodzić w polemikę dla czystej satysfakcji „dołożenia” rozmówcy. To nie moja rola,. zwłaszcza gdy od lat jest zarezerwowana dla zawodowych, ciężkozbrojnych hoplitów typu Pana Jana Widackiego. Tacy jak on, niestety nie rozróżniają czym jest dialog a czym polemika. Mają wielu naśladowców – szyderców i różnych innych zwolenników „polityki miłości”. To przez takie podjeście stosunki polsko-litewskie są dzisiaj takie jakie są….
Lewicowy publicysta „”Przeglądu” i były ambasador RP na Litwie (1992-1996) zarzucił mi w GW (12-13 maja 2012 r.) całą masę błędow i zaniechań. Oczywiście wstydził się wprost napisać o podstawowym grzechu rozmowy Maszkiewicza z Landsbergisem tj. o fakcie, że nigdzie na kartach książki nie wymieniono jego nazwiska. A on stara się uchodzić za głównego mentora i znawcę stosunków polsko-litewskich. Prawda, nigdy specjalnie nie różniliśmy się w ocenie relacji Warszawa-Wilno, dlatego tym bardziej jestem przekonany, że „urażona duma” kazała mu wysmażyć tekst na dwie duże strony głównego dziennika – organu miłościwie nam panującego systemu propagandy.
Dostalem zatem z lewej i z prawej, ale cóż…. masz czego chciałeś Grzegorzu Dyndało. Na pocieszenie napiszę, że recenzja w „Odrze” ( nr 3/2012) pt. „Litewskie dylematy po przełomie 1989″ (1,2 i 3 strona) pióra redaktora naczelnego Mieczysław Orskiego jest bardzo pochlebna. Dobrze też pisze litewski i polski jednocześnie publicysta Aleksander Radczenko z Wilna. Roztropny tekst, chociaż nie w każdym calu pobłażliwy dla niedociągnieć książki. No cóż, trwa moda na dokopywanie Landsbergisowi – z lewej za to, że jest prawicowy i antysowiecki do bólu, z prawej, że wytyka nam to czego w sobie często nie widzimy… A ja jestem pewien, że historia doceni tego wielkiego litewskiego patriotę.